Autor mecenas Grossenberg

zegarki szwajcarskie |facet |Wyniki

„Autor (mecenas Grossenberg) ze zwykłą u siebie plotkarską skrupulatnością zanotował po powrocie do domu poniższe opowiadanko redaktora, acz pozornie nie łączy się ono z niczym. Atoli ma smaczek i szkoda mu było je wyrzucać.
— To mi coś przypomniało — zawołał nieco przechwalająco się pomarszczony redaktor. — Trzeba państwu wiedzieć, że z pochodzenia jestem „Galileuszem", moi kochani rodziciele mieli dworek w Krakowskiem. (Obie siostry kiwnęły.) Więc jako sztubak każde lato spędzałem na wsi, oczywiście jeszcze za świętej pamięci Franciszka Józefa, Najjaśniejszego Pana! Pewnego lata panowały takie upały, że co noc sypiałem na werandzie. Gryzły tam komary jak to dzikie nieszczęście!
Więc którejś nocy piętnastoletni Staś (Trumfowi na imię było Stanisław) obudził się pogryziony do ostateczności. Zbierało na deszcz i od bzykania komarów na werandzie aż huczało. W swej przydługiej koszulce nocnej wstał i zabrawszy poduszkę, chciał już był wrócić do sypialni, gdy wtem posłyszał szczęk klamki i dość odległe skrzypienie drzwi. O jakie parędziesiąt kroków od werandy znajdowała się ostatnia chałupa wsi, należąca do chłopa o nazwisku Gduła. Łysnęła błyskawica i oto w jej zielonym świetle zobaczył Staś, że drzwi chałupy rozwarły się, a w nich ukazała się postać sąsiada, bosego i w spodniej bieliźnie. Był akurat środek nocy, za wcześnie, by wsta wać i doglądać krowy; ale ostatecznie gospodarz Gduła mógł też być pogryziony przez komary i w tym wyjściu na dwór nie było nic nadzwyczajnego. Owszem — gdyby nie pewien szczegół, co sprytnemu Stasiowi od razu rzucił się w oczy. Chłop bowiem trzymał w ręku coś niecodziennego. Czy ma on coś malować zdziwił się i potarł sobie powieki.“(2)

<<<< Ze wszystkich kompanii ściągają | Tego samego popołudnia >>>>

CV |Usg Warszawa |