- Maksymowicz-Mocowała się niezdarnie
„— Maksymowicz.
Mocowała się niezdarnie z zamkiem. Wreszcie drzwi ustąpiły; przytrzymując na piersiach poszarzały szlafrok patrzyła na mnie jak moja babcia na świętego Antoniego. Była rozczochrana, oczy podpuchły, a cera przybrała kolor białosinawy.
— Pan!...
— Przecież powiedziałem, że o pani nie zapomnę — odparłem z uśmiechem.
— Kto wierzy w takie frazesy — zapytała i cofnęła się. — Proszę, niech pan wejdzie... Tu bałagan... Nie mogłam się spodziewać...
Staliśmy w przedpokoju, a raczej między dwojgiem drzwi jak w windzie. Borzęcka cofnęła się i wszedłem do pokoju. Szybko zagrzebywała pościel, ale w jej ruchach i pochyleniu głowy dostrzegłem słabość, a nawet się raz zachwiała. Zaraz usiadła na tapczanie. Mieszkali tu chyba oboje od śmierci Borzęckiego, bo przy biureczku widać było kreślarskie przyrządy, tusze i piórka gotowe do użycia oraz fotografię mego uczynnego kolegi. Urządziła kapliczkę ku czci zmarłego, podsycała w sobie żałobę, egzaltowała się ciągle na nowo nieszczęściem. Teraz patrzyła na mnie rozbłysłymi od gorączki oczyma, podejrzliwie i z niedowierzaniem, starając się pokonać dreszcze. Znajdowała się w stanie zupełnego rozkładu.
— Pani jest chora, prawda — zapytałem wskazując na lekarstwa przy tapczanie.“(13)
<<<< 4 - Poletko Pana Boga-
| świecąca jak latarnia Zacząłem >>>>